Na niewielkim obszarze basenu Morza Śródziemnego leży kraj, który od 8000 lat  wzbudza ciekawość i kontrowersje. Kraj pięknych krajobrazów, skomplikowanej polityki i wielkich kontrastów. Kraj, gdzie mieszają się smaki, zapachy, kultury i religie.  Ziemia Święta, klejnot zdobywany przez Assyryjczyków, Babilończyków, Greków, Rzymian, Bizantyjczyków, Arabów i Krzyżowców. Dziś próbują tam żyć obok siebie Izraelici i Palestyńczycy. Nie jest to łatwe, bo wbrew pozorom  w kraju, który powinien uczyć miłości i wybaczania, jest tam tego za mało.

Podróż życia

Każdy z nas ma listę rzeczy, które chciałby w życiu zrobić, potraw do posmakowania, miejsc do odwiedzenia. Amerykanie nazywają to „bucket list”. Na mojej „bucket list” odkąd sięgam pamięcią zawsze było pięć pozycji: nurkowanie z białymi żarłaczami w Afryce Południowej, skok ze spadochronem bez zapezpieczenia, karnawał w Brazylii, zobaczenie słynnej „Wielkiej Piątki”( lew, lampart, nosorożec, słoń i bawół) na afrykańskim safarii i wyprawa do Ziemii Świętej. Wszystkie marzenia zrealizowałam, z wyjątkiem ostatniego i jak się okazało, najważniejszego. Dlaczego zajęło mi aż 48 lat , by odkryć krainę tak fascynującą pod każdym względem – historii, geografii, krajobrazów, zabytków, polityki, kuchni, religii, spirytualności, pełną kontrastów i niespodzianek? Wielu mówiło „ To podróż życia, każdy powinien przynajmniej raz ją odbyć”. Gdybym wiedziała, jak ogromnym będzie ona dla mnie przeżyciem, zrobiłabym to znacznie wcześniej. Bo nie ma znaczenia jak zagorzałym jesteś chrześcijaninem, a może wyznajesz zupełnie inną wiarę, do domu wracasz jako inny człowiek. Zdobywasz dystans do siebie i świata, znika agresja i gniew, a pojawia się spokój, wyrozumiałość i wewnętrzną radość. To trochę tak jakbyś narodził się na nowo.

Początek

Dla mnie wszystko zaczęło się rok temu, gdy serdeczna przyjaciółka redaktor naczelna Kuriera Plus Zosia Kłopotowska, powiedziała „Szykuj się. Kurier Travel  i ksiądz Ryszard Koper organizują pielgrzymkę do Ziemii Świętej i Jordanii. Zawsze chciałaś jechać”. Po chwili wielkiej radości pojawiły się małe znaki zapytania: 43 osobowa grupa, a ja sobie obiecałam 26 lat temu, gdy przestałam być pilotem wycieczek zagranicznych, że z grupą już nigdy nie pojadę. I to jest pielgrzymka, co oznacza, że codziennie obowiązkowa msza święta, i to ranne wstawanie, i wszyscy mówią, że trochę niebezpiecznie. W jakim byłam błędzie przekonałam się już pierwszego dnia na lotnisku, gdy otoczył mnie tłum ludzi barwnych i różnorodnych, od rozmodlonych hasydzkich Żydów, przez piekne owinięte kolorowymi chustami Palestynki, rozkrzyczanych ortodoksyjnych Greków i ludzi zwykłych, w nasze opinii mniej kolorowych, bo takich jak my. Wtedy zrozumiałam, że czeka mnie 12 fantastycznych dni, a początek jest właśnie teraz.

W wyprawie do Izraela nic nie jest zwykłe i normalne, włącznie z odprawą paszportową na lotnisku. Ze względów bezpieczeństwa linie izraelskie wymagają, by stawić się na lotnisku trzy godziny przed odlotem. Każdy pasażer przepytywany jest przez pięciu różnych przedstawicieli ochrony, co staje się doświadczeniem koszmarniejszym niż interwiev na zieloną kartę. Oberwało się nawet naszemu księdzu Rysiowi, który na pytanie czy zna wszystkich uczestników wycieczki, odpowiedział, że tak. – To jak na nazwisko ma ten pan – zapytał Izraelczyk wskazując jednego członka naszej wycieczki. Ksiądz poczerwieniał jak piwonia i zaczął się tłumaczyć, że zna ich z pracy parafialnej i Kuriera Plust, ale żeby tak 43 osoby po nazwisku, to nie do końca… Doświadczenie na lotnisku bardzo nam się przydało w zrozumieniu realiów życia w samym, dość policyjnym, Izraelu. Jako, że służba wojskowa jest tam obowiązkowa ( chłopcy trzy lata, dziewczyny dwa) na ulicach widać umundurowane grupy młodzieży z karabinami. Nasila się to zwłaszcza w piątkowe wieczory, gdy muzułmanie kończą swoją „niedzielę” czyli dzięń święty, a żydzi szykują się do szabathu. O zmroku w ruch idą kamienie, kije i pięści z obydwu stron, czemu stara się zaradzić armia izraelska, kierując swój gniew niestety tylko w jednym kierunku, Palestyńczyków. Jeszcze ciekawiej jest na punktach kontrolnych pomiędzy miastami należącymi do Izraela i Autonomii Palestyńskiej jak np. Bethlejem i Jerozolimą. Palestyńczycy chcąc wjechać do Jerozolimy albo innych izraelskich miast muszą ubiegać się o wizę. A że otrzymanie jej nie jest takie proste, zdarza się, że nie widzą swoich kuzynów przez długie lata. Hassad, recepcjonista z Mt. David  Hotel w Bethlehem, gdzie spędziliśmy dwie pierwsze noce, jest pediatrą. Dorabia pracą w hotelu, bo jak sam twierdzi w lokalnym szpitalu nie ma przcy dla wszystkich, a w strefie izraelskiej pracować im nie wolno. – Co z tego, że dziesięć minut od mojego domu jest plaża jak i tak nie mogę tam zabrać moich dzieci. Nie wolno i już – mówi z żalem. Chwilę później na jego twarzy pojawia się mały uśmiech. – Parę tygodni temu zapakowaliśmy z bratem do samochodu dzieci, piknik i o zmroku pojechaliśmy na plażę. Po dwudziestu minutach zobaczyliśmy idącą w naszym kierunku rodzinę izraelską. Trochę się przestraszyliśmy, ale oni zapytali , czy mogą się dosiąść. Otworzyli butelkę wina, wyjęli przyniesione potrawy i było tak miło i normalnie , jak powinno być każdego dnia. 80% ludzi chce pokoju, ale niestety jest te 20%, które z wojny i konfliktu czerpie korzyści i zrobi wszystko , by taki stan się utrzymał. Hassad, który jak większość Palestyńczyków mówi pięknie po angielsku, a również co nieco po polsku zaprasza do siebie do domu na kolację. Chętnie bym poszła, bo jestem bardzo ciekawa lokalnych specjałów, ale jutro pobudka o 4:45, a dla spóźnialskich ksiądz Piotr nie ma litości ( samej oberwało mi się parę razy i w końcu ksiądz doszedł do wniosku, że spóźnię się na własny pogrzeb).

Moje obawy o wczesne wstawania też okazały się bezpodstawne, Na Bliskim Wschodzie dzień budzi się wcześnie, bo i wcześnie, z racji bliskości równika, się kończy. Tak naprawdę o 5 po południu jest już zupełnie ciemno. Choć budzenie zamówione na kwadrans przed piątą, od pół godziny nikt już nie śpi. Z pobliskich meczetów nagłaśniana przez zewnętrzne megafony rozpoczyna się poranna modlitwa. Jest to fascynujące zwłaszcza w takich miejscach jak Jerozolima, gdzie współegzystują ze sobą cztery różne religie : chrześcijańska, ormiańska, żydowska i islam. W bezpośrednim pobliżu znajduje się więcej niż 50 synagog, tuziny kościołów i około tuzina minaretów. W mieście często słyszy się dzwony kościelne, które zlewają się ze smętnym nawoływaniem muezzinów do kolejnej modlitwy.

W Jordanii

Nigdy nie zapomnę momentu, gdy ozmroku opuszczaliśmy ruiny Nabatejskiego miasta wykutego w czerwonym piaskowcu w Petrze. Jako, że 95% mieszkańców Jordanii to muzułmanie wszystkie meczety mniej więcej o tym samym czasie rozpoczynają modlitwy. Tak było i w Petrze. Śpiewy z ponad dwudziestu minaretów odbijały się echem o pobliskie góry i ruiny starożytnego miasta, co było piękne.  Jordania to kraj bardzo ciekawy. Ze względu na brak ropy i bogactw naturalnych uważana za jeden z najuboższych krajów arabskich,  zdobyła sobie uznanie jako centrum edukacyjne Bliskiego Wschodu. Trzydzieści pięć uniwersytetów opłacanych jest między innymi przez Unię Europejską, Stany Zjednoczone i kraje skandynawskie. Jordania słynie z wielkiej gościnności, pięknych kobiet, czego najlepszym przykładem jest wykształcona w amerykańskiej szkole w Kairze i uwielbiana przez swoich podwładnych, królowa Rania, znakomitego jedzenia no i oczywiście Petry zaliczanej do siedmiu cudów świata. To Nabatejskie  „różowoczerwone miasto” jest w zasadzie  kompleksem budynków wyciętych ze skały w kanionie, na który skladają się świątynie, amfiteatr i domy mieszkalne. Historycy po raz pierwszy odkryli istnienie Nabatejczyków około szóstego wieku naszej ery. Choć lud ten zajmował się głównie handlem, wsławił się zakładaniem warowni i miast obronnych, a także wybudowaniem bardzo zaawansowanej techniki irygacyjnej. Dziś Petra to jedna z największych atrakcji Bliskiego Wschodu. Choć wstęp kosztuje aż $100 dolarów, warto. Dla wytrwałych sześciogodzinna wspinaczka po skałach do świątyni górnej, dla mniej zaprawionych fizycznie riksza, koń, wielbład albo taksówka z osiołka. Wszystkim „zarządzają” Beduini, muzułmańscy Arabowie, którzy nadal mieszkając w obrządku plemiennym, zachowują tradycyjny sposób życia. Zajmują się między innymi wypasem kóz i owiec, a za tkane z wełny dywany i namioty kupują towary na rynkach w pobliskich miastach. Robią piękne paszminy, a dla turystów za jednego dolara wyciskają wielką szklankę krwistego soku z granatu. Petra to miasto wielbłądów. Zdjęciom nie było końca, ale najładniejsze przypadło siostrze Ani. Nie często przecież można zobaczyć roześmianą siostrę zakonną na wielbłądzie!

Jordania fascynuje. Łączy to, co tradycyjnene i zabytkowe, jak położone wzdłuż biblijnego „ Królewskiego Traktu” ruiny starożytnego miesta Dekapolu Geraza z tym co nowoczesne i postępowe. Najlepszym przykładem jest tu stolica kraju Amman. Brak sygnalizacji świetlnej, przejścia dla pieszych, każdy jeździ jak chce i o dziwo, nie ma wielu wypadków. Kobiety noszą długie płaszcze i barwne chustki zgrabnie zawiązane z tyłu głowy. Czarne burki należą wyłacznie do uciekinierek z Syrii albo Iraku, które szukając schronienia w przyjaznej Jordanii utrzymują się głównie z jałmużny. Bez nakrycia głowy kobieta nie może wyjść na ulicę i nawet pielęgniarka w karetce pogotowia czy policjantka pod służbową czapeczką ma zawiązaną chustkę ! Nic dziwnego, że dział z nakryciami głów dla kobiet jest w miejscowym domu towarowym najbardziej popularny. Z Jordanii poza Petrą zapamiętałam trzy wyjątkowe miejsca – Betanię nad Jordanem, górę Nebo i Macheront, ruiny twierdzy Heroda Wielkiego, miejsce męczeńskiej śmierci Jana Chrzciciela. Betania położona w największej depresji na świecie, ponad 400 metrów poniżej poziomu morza, to historyczne miejsce chrztu Pana Jezusa. Dziś mała brunatna rzeczka niczym nie przypomina szerokiej rzeki Jordan z czasów biblijnych, co nie wstrzymuje ludzi przezd zanurzeniem nóg czy rytualnym odnowieniem przyrzeczenia chrztu. Ksiądz Piotr zrobił to dla nas w sposób szczególny, a tych, co chcieli zrobić zdjęcie cierpliwie i obficie kropił. Niektórzy wyglądali jakby wpadli z głową do rzeki! Dokładne położenie biblijnej Góry Nebo, z której Mojżesz spoglądał na Ziemię Obiecaną jest nieznane, ale wedłu chrześcijańskiej tradycji w czwartym wieku na skalistej skarpie upamiętniając Górę wzniesiono mały kościół. Dwa wieki później zastąpił go duży monaster. W marcu 2000 roku  Ziemię Świętą i Górę Nebo odwiedził Ojciec Święty Jan Paweł II. Był piękny dzień, można było dostrzec Jerozolimę i Jerycho (najstarsze obmurowane miasto świata 8000 pne). Przy bizantyjskiej kaplicy papież zasadził drzewko oliwne , symbol pokoju na świecie. Aż trudno uwierzyć, że 80 dni później Góra Nebo znalazła się na głównej liście ataku terrorystycznego Osama bin Ladena. Kolejną górą wpisaną w czasy biblijne jest Macheront. Z dawnej twierdzy nie pozostało już wiele, choć nie brakuje chętnych by wspiąć się na szczyt i popatrzeć na kilometry białych wapiennych gór. Niewątpliwym bohaterem wieczoru został pan Janusz, najstarszy w naszej nowojorskiej gromadzie. Pokonał  wszystkich, na szczyt góry wpadł pierwszy, a schodził tak szybko, że my o połowę młodsi nie mogliśmy go dogonić. Jordania to miejsce magiczne, a dla mnie również miejsce mojej pierwszej nieoficjalnej transakcji handlowej. Pewien Jordańczyk chciał mnie wymienić za sto wieebładów, co jak sprawdziliśmy równało się  2 milionom dolarów.Nasz kolega Julian, któremu oferowano owe wielbłądy powiedział, że się nawet nad tym zastanawiał. –  Ale co ja z tymi wielbłądami zrobię w Queensie?! – żartował .

Kuchnia

Wspomniałam o jordańskiej kuchni, że znakomita, świeża, pachnąca przyprawami. Ala taka jest cała kuchnia Bliskiego Wschodu, z większym czy mniejszym wpływem lokalnych tradycji. Oczywiście kuchnia arabska odbiega nieco od izraelskiej, choć obie bazują na tych samych produktach, jako, że oba kraje oddalone są od siebie o parę mil. Jest więc dużo drobnych sałatek podawanych jako przekąska przed lunchem i kolacją : cieciorka, ogórki w jogurcie, buraczki i  kapusta na dziesięć róznych sposobów. Wszystko mocno podsypane kminkiem, papryką, szafranem i innymi lokalnymi przyprawami. Dania główne to ryby, jagnięcina, kurczak, okra, bakłażany no i oczywiście gorący chleb pita, bez którego nie ma posiłku. Na deser śróddziemnomorskie specjały z daktylami i baklavą i mocna, bardzo słodka kawa. Oczywiście zdarzają się też niespodzianki, jak ta w uroczej restauracji przy Polu Pasterzy, miejscu upamiętniającym zwiastowanie pasterzom narodzin Jezusa , dziś porośniętym pięknymi cyprysami , drzewami pieprzowymi i , co jest rzadkością nawet na Bliskim Wschodzie, kwitnącymi aloesami. Na lunch podano nam maklubę, lokalne danie składające się z ryżu, warzyw i kurczaka zapieczonych warstwowo w wielkim żeliwnym garnku. Garnek odwraca się na tacy do góry nogami, stuka parę razy w dno i danie wypada niczym  tort, gotowe do podania. Inny przysmak to ryba żyjąca wyłącznie w Jeziorze Galilejskim w smaku przypominzjąca tilapię, a podawana z cytryną i oliwką. Rejs po Jeziorze Galilejskim, zwanym też Genezaret, Jeziorem Tyberiadzkim czy Kinneret to jedno z najprzyjemniejszych i relaksujących popołudni wycieczki. W pogodny dzień jezioro jest tak spokojne, że przypomina lustro odbijające pobliskie Wzgórza Golan. Jezioro mające około 10 kilometrów szerokości i 15 kilometrów długości w opisach biblijnych pojawia się dość często. „ …Przyszedł do nich krocząc po jeziorze” (Mateusz 14), „ …Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Gdy się przeprawiali przyszli do ziemii Genezaret (Mateusz 14”, „…On rzekł do nich :Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć” (Jan 21). W miejscu,  w którym  rybacy po dziś dzień łowią ryby w jeziorze odkryto niedawno starożytne łodzie rybackie datujące się z okresu pierwszego wieku pne. Są one przykładem techniki konstrukcyjnej z czasów Jezusa, a oglądać je można w muzeum na północ od antycznego miasta Magdala.

Podróż, którą trudno ogarnąć

W Ziemi Świętej do zobaczenia jest tak dużo, że jedna dwunastodniowa podróż nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego co ważne i ciekawe. Choć muszę przyznać, że program opacowany przez księży Ryszarda i Piotra pozwolił nam w wielkim stopniu poznać i zrozumieć kulturę i wyjątkowość tego kraju. Bo Ziemia Święta to nie tylko miejsca sakralne związane z życiem Pana Jezusa i Świętej Rodziny jak Bazylika Narodzenia Chrystusa w Bethlehem, miejsce odpoczynku Świętej Rodziny czyli słynna Grota Mleczna czy bazylika Zwiastowana i kościół świętego Józefa w Nazarecie. To również tysiące lat wspaniałej architektury zapoczątkowanej przez króla Heroda Wielkiego, a potem niszczonej, zmienianej i unowocześnianej przez kolejnych władców Ziemii Obiecanej. Najlepszym tego przykładem oprócz oczywiście Jerozolimy jest Cezarea Nadmorska, antyczny port zbudowany w 20 roku przed naszą erą przez Heroda Wielkiego. Przez prawie 600 lat Cezarea była oficjalną stolicą tego, co Rzymianie nazywali „Provincia Judea”. W czasach JezusaPiłat sprawował tu rządy w imieniu Rzymu, to tu Filip prowadził swoją działalność, a Święty Piotr przemawiał do setnika Korneliusza, to tu w końcu uwięziony został Swięty Paweł. Cezarea była wielkim marzeniem i dumą Heroda, o czym świadczą pozostałości amfiteatru, hipodromu i pałacu. Kronikarze ówcześni Herodowi zachwycali się szaleńczym pomysłem władcy, bo rzeczywiście port i miasto swą nowoczesnością i rozmachem nie miały sobie równych w świecie śródziemnomorskim tamtego czasu. Nic dziwnego, że po odebraniu Judei władcom żydowskim to ona stała się perełką Cesarstwa Rrzymskiego, a póżniej bizantyjskiego.

Jerozolima

Jerozolima to rozdzial sam w sobie. Można tam spędzić tygodnie zagłębiając się w uliczki odbudowanej w 1967 roku dzielnicy żydowskiej, zwiedzając barwne meczety i synagogi i odwiedzając pobliskie bazary, na których można kupić wszystko od jedwabnych szalików, wonnych olejków po przyprawy i herbaty wszelkiego gatunku. W harmiderze tętniącym życiem ulicy , przepychając się pomiędzy tłumem turystów i lokalnych sprzedawców, trudno znależć moment na zadumę i refleksję. Nic dziwnego, że wedle biblii Pan Jezus uciekał z głośnej Jerozolimy na Górę Oliwną, gdzie mógł odpocząć i nauczać. I właśnie tam wśród oliwnych drzew ( podobno osiem z nich ma ponad 2000 lat) spoglądając na piękną panoramę miasta z dominującą Złotą Kopułą Skały zwaną też „ klejnotem jerozolimskiej architektury” można zastanowić się nad życiem. Jest czas na zdjęcia, na krótką medytację, a miejsc ku temu aż za wiele. Od kościoła  „ Ojcze Nasz” Pater Noster, gdzie Jezus nauczył apostołów modlitwy, kościoła Dominus Flevit – „ Pan Zapłakał’i bazylikę Wniebowstąpienia, po Bazylikę Agonii zwaną również „ Kościołem Wszystkich Narodów”, grotą Getsemani ( miejsce tłoczni), gdzie Judasz zdradził Jezusai świątynię Grobu Maryi. Do Starego Miasta schodzi się tą samą drogą , którą w Palmową Niedzielę Chrystus wjechał do Jerozolimy. W małej greckiej kaplicy znajduje się kamień, na którym Jezus miał oprzeć stopę wsiadając na osiołka. Kapliczka została wzniesiona w 1883 roku i właśnie od tego miejsca rozpoczynają się tradycyjne współczesne procesje Palmowej Niedzieli.

Droga Krzyżowa

Najbardziej spirytualnym momentem całej pielgrzymki jest niewątpliwie Droga Krzyżowa, zaplanowana na ostatni dzień, tak by każdy niosąc symboliczny krzyż mógł jeszcze raz przeżyć doświadczenia poprzednich 11 dni. Znana jako Via Dolorosa wąska, wijąca się pomiędzy kramami uliczka to droga, którą Jezus szedł na ukrzyżowanie. Zaczyna się ona w fortecy Antonia , która służyła za wielką bazę dla rzymskich żołnierzy i gdzie według tradycji Poncjusz Piłat skazał Jezusa na śmierć, a kończy w Bazylice Grobu Świętego. Od czasów bizantyjskich aż do epoki Krzyżowców Grób Święty był najważniejszym celem pielgrzymek chrześcijańskich. I tak zostało do dziś. Ludzie z całego świata przyjeżdżają tu by pochylić głowę nad grobem, dotknąś skały z góry Kalwarii, ucałować kolumnę biczowania. Wedle biblii ciało Jezusa zdjęto z krzyża , naprędce je namaszczono i złożono do najbliższej groty, tak by zdążyć przed szabatem. Dziś Grobem opiekują się księża greco – prawosławni , ale cała Bazylika należy również do pozostałych wyznań chrześcijańskich : Franciszkanów, Armeńczyków, syryjskich prawosławnych, Koptów i wyznawców Kościoła  Etiopskiego. I gdy wieczorem każdy  kościół rusza ze swoją procesją Bazylika wypełnia się wonią kadzideł i śpiewami w różnych językach. To jeden z nielicznych momentów, gdy wszyscy wydają się szczęśliwi i pogodzeni.

Pielgrzymkowa codzienność

Możliwość bycia w miejscu, gdzie tak naprawdę wszystko się zaczęło, pozwoliła mi chronologicznego poukładać sobie wydarzenia, o których uczyliśmy się jako dzieci na lekcjach religii. Wielka w tym zasługa księdza Piotra , który swymi barwnymi kazaniami przekładał nam język biblii na codzienne życie. I tak jak na początku podróży obawiałam się codziennych mszy, po paru dniach nie mogłam doczekać się kolejnej. Bo każda z nich była inna – ta w grocie świętego Hieronima w Bazylice Narodzenia  w Bethlehem mówiła o byciu dobrym człowiekiem, inna na Górze Błogosławieństw skąd Jezus nauczał tłumy i rozmnożył chleb o umiejętności cieszenia się drobiazgami i i o nierozmienianiu się na drobne, ostatnia w Wieczerniku o narodzeniu i śmierci. Autokarową codziennością stały się też śpiewane przez siostrę Anię poranne Godzinki, wspólne odmawianie koronki różańca, a nawet piosenki harcerskie! Prym nad wszystkim wodził ksiądz Piotr, który swoimi historiami i dowcipami rozbawiał cały autobus. Z sentymentem wspominam dziś jego zaskakujące pomysły, jak ten w Kanie Galilejskiej, gdy udzielił błogosławieństwa pięciu parom,  z naszej grupy, które spędziły ze sobą ponad 25 lat. Kontynuacją tego wydarzenia było wieczorne spotkanie w hotelowej świetlicy, gzie popijaliśmy zakupione w Kanie lokalne słodkie wino, a na nowo zaślubione pary opowiadały anektody ze wspólnie przeżytych lat. Pyszna zabawa, która pozwoliła się lepiej poznać i zbliżyć. Nie miał ksiądz Piotr zawsze z nami lekko. Grażynka już na początku wycieczki robiąc zdjęcie mężowi potknęła się o schodek i rozcięła głowę w siedmiu miejscach, które trzeba było natychmiast zszywać. Pani pracująca w sklepie z pamiątkami okazała się Polką, a jej mąż chirurgiem, więc dość szybko udało się udzielić pomocy. Innego dnia mocno przeziębiona Jadzia zemdlała podczas mszy na powietrzu w Gerazie i trzeba było wzywać pogotowie, to znów pan Janusz zgubił się w Bazylice Narodzenia , a ja i Krysia ciągle byłyśmy spóźnione , bo przecież trzeba było zrobić jeszcze to ostatnie zdjęcie. Myślę, by zapobiec kolejnym niespodziankom ksiądz powiedział, że pakowanie błota z Morza Martwego do butelek jest zabronione. Chyba nikomu nie przyszło do głowy , by szmuglować cenne minerały w butelkach po coca –coli, ale podobno Rosjanie robią to nagminnie. Anegdot i śmiesznych historii jest wiele i myślę, że będziemy je opowiadać przez długi czas. A to o tym jak w drodze do Jordanii ktoś podmienił nam dwie walizki, albo ta gdy w hotelu w Tyberiadzie zabroniono nam otworzyć zakupione na zewnątrz wino. Okazało się , że jak na żydowski hotel przystało można pić tylko wino podawane w nim, czyli słodkie, albo zakupione w sklepiku obok hotelu, gdzie gatunki były tylko dwa : koszerne białe i koszerne czerwone. Moją ulubiona anegdota pochodzi z ostatniego dnia, z hotelu Prima Park w Jerozolimie. Przez dwa kolejne wieczory miałyśmy z Zosią duży problem by otworzyć drzwi do pokoju. To nie pasował klucz, to nie działał zamek, to w końcu nikt nie wiedział na czym polega problem, a do pokoju dostać się i tak nie było można. Pierwszego wieczoru siedziałyśmy na kanapie przez pół godziny czekając na pomoc. Drugiego było jeszcze gorzej, ale trzeciego, który wypadł w piątek w żydowski szabath nikt nie pojawił się godzinami. Winda kursowała raz na godzinę, dyżurny mechanik pojawiał się co pół godziny z coraz to innym śrubokrętem i bardziej zafrasowaną miną, co w pięknym pięciogwiazdkowym hotelu było dość zabawne. Pomagała cała wycieczka, nawet mieszkająca po sąsiedzku hasydzka para, ale chyba ostatnie słowo miał znowu ksiądz Piotr. Gdy powiedział, że drzwi wywarzamy, natychmiast znalazł się odpowiedni przyrząd by je otworzyć. Następnego dnia w autobusie hotelowi odjęliśmy oficjalnie jedną gwiazdkę i stwierdziliśmy, że przez te 12 dni stałego przebywania razem, staliśmy się naprawdę zgraną paczką. I choć po podróży każdy wrócił do własnych oowiązków, nie zabrakło telefonów z życzeniami na Święto Dziękczynienia, miłych emaili, wymiany zdjęć czy rozmów o tym kiedy i gdzie spotkamy się ponownie.

Agata Ostrowska – Galanis, dziennikarka, uczestniczka pielgrzymki napisała artykuł, który został zmieszczony na łamach tygodnika Kurier Plus.

Nasze Pielgrzymowanie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *